4

 

O książce
Recenzje

Fragmenty
Życiorys
Zdjęcia

Zamówienia

Powrót do str.gł.

 

Któregoś wieczora – już na oddziale, kiedy wszyscy spali, a korytarze wypełniły jakieś nocne szelesty i echa dalekich kroków - czytałem znowu tę książkę, którą znaleźliśmy na W.Ch. pod ławką. Wielu rzeczy z greckiej mitologii nie pamiętałem, albo uczyli nas jacyś niedouczeni. A przyszło mi do głowy i coś takiego, kiedy zacząłem o tym dłużej myśleć, że komuś może zależało, żebyśmy za wiele nie wiedzieli. Żebyśmy właśnie wiedzieli byle co (i takie dość nużące, jak prowincjonalna kronika rodzinno-towarzyska plus plotki o czyniącym cuda wizerunku Najświętszej Panienki, co zjawił się na ścianie stodoły w sąsiedniej wiosce), a myśleli, że to wiedza pełna i nie mieli ochoty jej pogłębienia. Dosyć też mnie kręciło to, że ci, którzy praktykowali kulty misteryjne byli traktowani jak odstępcy, bo się – rzekomo - sprzeciwiali religii państwowej. No, a to już pachnie ostraką, czyli sądem skorupkowym, co może oznaczać – o czym się przekonał podrwiwający z wierzeń ogółu Sokrates – wygnanie czy wręcz cykutę. A więc – jak zawsze – wszyscy, którzy odważali się mieć własne poglądy, wystawiali się na wrogość podejrzliwego wobec wszelkich nowinek tłumu, gawiedzi, tłuszczy.

Chyba to dość zrozumiałe, że zwłaszcza mnie wciągała koncepcja życia pośmiertnego i kiedy już zgasiłem tę małą lampkę, leżałem, i mimo woli zacząłem wyobrażać sobie Pola Elizejskie (co ciekawe, że – jak twierdzi turkusowe oko - pierwotne znaczenie – enelysion, enelysios – to miejsce lub osoba rażona błyskawicą, co wydaje się stać w sprzeczności z preferowaną przez innych badaczy etymologią: wywiedzenia słowa z egipskiego sekhet ialu – mitycznych pól trzcinowych – żyznej, rajskiej krainy wiecznej obfitości - możliwe, myślałem, że ta sprzeczność jedynie pozorna, a wynikająca z naszej inercji pojęciotwórczej, płaskości, dwuwymiarowości świata naszego języka, antynomii, analogii i innych ułomnych z zasady mechanizmów logiki w nim zaszytych; czy kusić się o rozwinięcie zagadkowej <mechanicznej?> zbitki, albo skrótu? – wieczna obfitość w ognisku błyskawicy? wieczny blask żywiącej błyskawicy? wieczność niespożytego blasku błyskawicy? wieczne życie w błyskawicy rozbłysku?) – czym więc Pola są, aluzją, iluzją (zasłoną?), alegorią? I dokąd to prowadzi, do jakiej mowy, o ilu „wymiarach”, a przede wszystkim – do kogo? Z identyczną nieufnością, niepewnością, wietrząc (błogosławioną?) niejednoznaczność osób i sytuacji, zgadywałem, wypatrywałem postaci Charona, próbowałem śledzić kroki Orfeusza wyruszającego na poszukiwanie utraconej kochanki. Oczywiście zdawałem sobie sprawę, jak bardzo to (mimo wszelka czujność) pozbawione sensu, ale wszak w każdym tkwi to złaknione fabuł baśniowych (co, jak, dlaczego się stało? co będzie dalej?) jądro i kiedy człowiek zawisa w zawiesistej zawiesinie zawieszonych praw i kierunków (wektorów czasu i chaosu), nie może powstrzymać tego niemal autonomicznego stwarzania (się) sekwencji wizji. Tak więc najpierw mi się zmajaczyło (bo nie spałem wciąż jeszcze, choć to nie był już porządek jawy), że to ja szukam Eurydyki, potem - docieram do siedziby Kory-Persefone i Hadesa. Błagam, by mi pozwolono żonę na chwilę choć zobaczyć. Ale – jak to się dzieje w grze strumieni świadomości – po chwili już o przyczynie przybycia zapominam, zaś przejęcie obecnością bogów i skupienie na nich obojgu, osiągnęło to natężenie, że nie minęło i mgnienie, a na Orfeusza spoglądałem już oczyma króla podziemi, obok siebie czując mocne i młode ciało mojej pięknej żony Kore. Co to za niezwykłe (i pouczające) przeżycie – byłem z ukochaną (nigdy pełniej nie odbierałem obecności Pszczoły, prawdziwego bycia razem), czułem potęgę rzeczywistego – wolnego od jakichkolwiek gier, czy zatajeń - partnerstwa, zupełną niezależność, suwerenność, i elektryzującą perspektywę wspólnego dochodzenia (boskich) prawidłowości, natury prawdy, niebezpieczeństw i kostiumów fałszu, zmagania się z ułomnościami naszych umysłów, logiki i języka właśnie, zmagań, których nie obezwładni znużenie, słabość, albo lenistwo, bo w czerepie buzował mi wir ognia i patrząc w oczy Kore, widziałem, że czuje to samo.


 
 
 
powrót