|
O
książce
Recenzje
Fragmenty
Życiorys
Zdjęcia
Zamówienia
Powrót
do str.gł.
|
Któregoś wieczora – już na oddziale, kiedy
wszyscy spali, a korytarze wypełniły jakieś nocne szelesty i echa dalekich
kroków - czytałem znowu tę książkę, którą znaleźliśmy na W.Ch. pod ławką.
Wielu rzeczy z greckiej mitologii nie pamiętałem, albo uczyli nas jacyś
niedouczeni. A przyszło mi do głowy i coś takiego, kiedy zacząłem o tym
dłużej myśleć, że komuś może zależało, żebyśmy za wiele nie wiedzieli.
Żebyśmy właśnie wiedzieli byle co (i takie dość nużące, jak prowincjonalna
kronika rodzinno-towarzyska plus plotki o czyniącym cuda wizerunku
Najświętszej Panienki, co zjawił się na ścianie stodoły w sąsiedniej
wiosce), a myśleli, że to wiedza pełna i nie mieli ochoty jej pogłębienia.
Dosyć też mnie kręciło to, że ci, którzy praktykowali kulty misteryjne
byli traktowani jak odstępcy, bo się – rzekomo - sprzeciwiali religii
państwowej. No, a to już pachnie ostraką, czyli sądem skorupkowym, co może
oznaczać – o czym się przekonał podrwiwający z wierzeń ogółu Sokrates –
wygnanie czy wręcz cykutę. A więc – jak zawsze – wszyscy, którzy odważali
się mieć własne poglądy, wystawiali się na wrogość podejrzliwego wobec
wszelkich nowinek tłumu, gawiedzi, tłuszczy.
Chyba to dość zrozumiałe, że zwłaszcza
mnie wciągała koncepcja życia pośmiertnego i kiedy już zgasiłem tę małą
lampkę, leżałem, i mimo woli zacząłem wyobrażać sobie Pola Elizejskie (co
ciekawe, że – jak twierdzi turkusowe oko - pierwotne znaczenie –
enelysion, enelysios – to miejsce lub osoba rażona błyskawicą,
co wydaje się stać w sprzeczności z preferowaną przez innych badaczy
etymologią: wywiedzenia słowa z egipskiego sekhet ialu – mitycznych
pól trzcinowych – żyznej, rajskiej krainy wiecznej obfitości - możliwe,
myślałem, że ta sprzeczność jedynie pozorna, a wynikająca z naszej inercji
pojęciotwórczej, płaskości, dwuwymiarowości świata naszego języka,
antynomii, analogii i innych ułomnych z zasady mechanizmów logiki w nim
zaszytych; czy kusić się o rozwinięcie zagadkowej <mechanicznej?> zbitki,
albo skrótu? – wieczna obfitość w ognisku błyskawicy? wieczny
blask żywiącej błyskawicy? wieczność niespożytego blasku błyskawicy?
wieczne życie w błyskawicy rozbłysku?) – czym więc Pola są, aluzją,
iluzją (zasłoną?), alegorią? I dokąd to prowadzi, do jakiej mowy, o ilu
„wymiarach”, a przede wszystkim – do kogo? Z identyczną nieufnością,
niepewnością, wietrząc (błogosławioną?) niejednoznaczność osób i sytuacji,
zgadywałem, wypatrywałem postaci Charona, próbowałem śledzić kroki
Orfeusza wyruszającego na poszukiwanie utraconej kochanki. Oczywiście
zdawałem sobie sprawę, jak bardzo to (mimo wszelka czujność) pozbawione
sensu, ale wszak w każdym tkwi to złaknione fabuł baśniowych (co,
jak, dlaczego się stało? co będzie dalej?) jądro i
kiedy człowiek zawisa w zawiesistej zawiesinie zawieszonych praw i
kierunków (wektorów czasu i chaosu), nie może powstrzymać tego niemal
autonomicznego stwarzania (się) sekwencji wizji. Tak więc najpierw mi się
zmajaczyło (bo nie spałem wciąż jeszcze, choć to nie był już porządek
jawy), że to ja szukam Eurydyki, potem - docieram do siedziby
Kory-Persefone i Hadesa. Błagam, by mi pozwolono żonę na chwilę choć
zobaczyć. Ale – jak to się dzieje w grze strumieni świadomości – po chwili
już o przyczynie przybycia zapominam, zaś przejęcie obecnością bogów i
skupienie na nich obojgu, osiągnęło to natężenie, że nie minęło i
mgnienie, a na Orfeusza spoglądałem już oczyma króla podziemi, obok siebie
czując mocne i młode ciało mojej pięknej żony Kore. Co to za niezwykłe (i
pouczające) przeżycie – byłem z ukochaną (nigdy pełniej nie odbierałem
obecności Pszczoły, prawdziwego bycia razem), czułem potęgę
rzeczywistego – wolnego od jakichkolwiek gier, czy zatajeń - partnerstwa,
zupełną niezależność, suwerenność, i elektryzującą perspektywę wspólnego
dochodzenia (boskich) prawidłowości, natury prawdy, niebezpieczeństw i
kostiumów fałszu, zmagania się z ułomnościami naszych umysłów, logiki i
języka właśnie, zmagań, których nie obezwładni znużenie, słabość, albo
lenistwo, bo w czerepie buzował mi wir ognia i patrząc w oczy Kore,
widziałem, że czuje to samo.
|