2

O książce
Recenzje
Fragmenty
Zdjęcia


Zamówienia

 

Powrót do str.gł.

 

— Polacy są katolikami, a katolikami jest niezwykle trudno rządzić! Wystarczy popatrzeć, jakie kłopoty ma z Włochami Mussolini.

Świeżo awansowany na kapitana Lundquist, wypowiedział te słowa z irytującą nonszalancją. Krótko i wysoko na skroniach podgolone włosy, oraz wklinowany pomiędzy brew a tłusty policzek monokl, upodobniały go do pruskich junkrów. Nie było to podobieństwo przypadkowe, Lundquist całą swoją postacią, i tym, co mówił, dawał wyraz swoim pro-nazistowskim sympatiom.

Admirał von der Läggesta wymienił szybkie spojrzenie z żoną. Gudrun była właściwą osobą do nakierowania dyskusji w innym kierunku.

— Kapitanie Lundquist — admirałowa podkreśliła słowo „kapitanie” i uśmiechnęła się do niego promieniście. — Szybko pnie się Pan po stromych stopniach kariery, gratulacje.

Lundquist skłonił się w jej stronę.

— Gdy utrzyma Pan to tempo — kontynuowała admirałowa, niedługo ujrzymy Pana w takim mundurze! — wskazała ręką na męża.

Cichy szmer aprobaty omiótł stół.

— O ile będzie wystarczająco długo żył — porucznik von Berg pochylił głowę do ucha siedzącej obok niego córki admirała, Lillvor. — W jego przypadku musiałby żyć około siedmiuset lat.

Lillvor parsknęła śmiechem i zaraz umilkła, ścigana pełnym nagany wzrokiem admirałowej.

— Na czym to stanęliśmy? Właśnie, na Polakach! — ożywił się ponownie kapitan Lundquist. Myślę, że powinni być wdzięczni, w historycznym ujęciu tego słowa, Niemcom. Bałaganiarstwo Polaków to ich główna cecha narodowa, a ten ich parlament, gdzie wszyscy mówią naraz, najlepiej to potwierdza. Hitler wprowadzi w Polsce, początkowo oczywiście przy pomocy armii, porządek i w ten sposób nauczy Polaków przyzwoicie pracować i żyć.

— I zrobi z nich niewolników — wtrącił porucznik von Berg.

Wszystkie twarze zwróciły się w jego kierunku.

— Polacy są dumnym i pełnym godności narodem, a Hitler jest okupantem narzucającym im swą władzę brutalną siłą armii. Taka relacja nie ma szans przetrwać długo, potwierdza to studiowanie historii powszechnej.

— Ale nigdy też nie było w historii męża stanu tak wybitnego, tak opatrznościowego, jak Adolf Hitler! — rzekł z pewnością w głosie Lundquist.

— Z ocenami poczekajmy. Kto wie, jak teatr wojny będzie wyglądał za parę miesięcy — admirał przechylił się w krześle. A wtedy i na pana Hitlera będziemy patrzyli inaczej.

— Swoją drogą — mówił dalej. — Gdy dotknął pan już tematu katolicyzmu...

Admirał przerwał, i potoczył wzrokiem po zebranych.

— Ciekawe spostrzeżenia można odnotować obserwując reakcję dygnitarzy kościoła katolickiego. Watykan jak zawsze w okresach politycznie nieustabilizowanych przywarował, nabrał wody w usta i czeka, kto okaże się silniejszy. Hitler zaś zawarł z Papieżem porozumienie.

Wszystkie głowy zwróciły się ku niemu. To była dopiero nowina! Admirał musiał mieć jakieś zupełnie świeże informacje. Von der Läggesta rozejrzał się wokół i zadowolony z wywołanego efektu kontynuował:

— Początkowo nie było obu władcom łatwo dojść do porozumienia, gdyż obaj roszczą sobie pretensje do nieomylności. W końcu jednak chęć osiągnięcia kompromisu zwyciężyła, i teraz obie strony są z zawartej umowy zadowolone.

Ciekawość gości podniosła się o parę stopni i Admirał to widział. Wcale nie miał, przynajmniej w tej chwili, ochoty na wino, ale miał zamiar trochę się ze swymi gośćmi podroczyć. Wziął do ręki kielich i patrzył nań chwilę, potem wypił powoli i ze smakiem łyk, oraz długo wycierał serwetką usta.

— Gdzie to byliśmy? — zapytał w końcu rozglądając się.

— Mówił pan Admirał o Watykanie — podpowiedział niecierpliwie Lundquist.

— Słusznie, dziękuję kapitanie Lundquist. Otóż sprawa ma się tak. Gdy na świat przychodzi młody Niemiec, Hitler zapewnia mu żłobek, przedszkole, szkołę, i daje jego rodzicom wystarczająco dużo pieniędzy, aby go karmili i ubierali. Następnie uczy go zawodu i zapisuje do Hitlerjugend. W wieku około dwudziestu lat bierze go do wojska i uczy dyscypliny oraz charakteru. Potem, gdy służba wojskowa dobiega końca, zapędza go do pracy, żeni i dopilnowuje, aby miał dzieci. Gdy staje się stary i nie ma już z niego pożytku, odsyła go do domu, daje rentę i czeka kiedy ten umrze. Oczywiście może umrzeć wcześniej, idealnie jest, gdy do tego dochodzi jednocześnie z uzyskaniem emerytury. A jeszcze lepiej, gdy umiera na posterunku, zabity w obronie ojczyzny. W każdym razie kiedyś umiera. I wtedy Hitler odstępuje go Papieżowi, pozwalając mu z nim robić, co zechce.

Admirał skończył i patrzył na zaskoczonych gości oczami bez wyrazu. Pierwszy parsknął śmiechem porucznik von Berg, a po nim reszta gości. Jedynie kapitan Lundquist rzucał wokół ukradkowe spojrzenia i wykrzywiał twarz w grymasie uśmiechu.

— Polacy nazywają Niemców barbarzyńcami — powiedział głośno von Berg i spojrzał prowokująco na Lundquista.

— A Niemcy samych siebie, Herrenvolk — dodał admirał.

— To przecież ten sam kompleks, tylko z odwrotnej strony — Lillvor zarumieniła się, gdy wszystkie głowy odwróciły się w jej stronę.

— Cała idea übermenscha jest doskonałą ilustracją kompleksu niższości. Jak to nazwał Freud, kompleksu Edypa. A gloryfikujący tę ideę osobnicy, to najczęściej ludzie niekochani w dzieciństwie, lub mężczyźni z małym przyrodzeniem.

— Och mon cheri! — admirałowa spojrzała na córkę ze zgorszeniem. — Nie rozumiem cię, moje dziecko.

Na twarzach mężczyzn pojawiły się półuśmieszki, panie wstydliwie spuściły wzrok. Lundquist śmiał się tubalnym głosem, waląc się rękami po udach. Admirał patrzył surowo na córkę, ale w kącikach oczu czaiło mu się rozbawienie.

— Polacy — kontynuował von Berg, nazywając Niemców barbarzyńcami, mają między innymi na myśli to, że Niemcom brak polotu. My, Szwedzi zresztą — von Berg uśmiechnął się — nie odznaczamy się także wybujałą błyskotliwością. Niemcy potrafili zawsze doskonale maszerować, a współcześnie wzbogacili się o technikę i stali higieniczni.

— Higieniczni? — admirałowa uniosła w zapytaniu brwi.

— Tak, szanowna pani — von Berg skłonił się w jej stronę. — Higieniczni. Niemcy rozwinęli bardzo lotnictwo bombardujące, pilot widzi jedynie o b i e k t y , które bombarduje. Niszczy całe miasta, w ogóle nie widząc ludzi, cierpienia, krwi, nie słysząc ich krzyku.

Pas possible! — admirałowa wachlowała się gwałtownie trzymaną w ręku chusteczką.

— Tak, tak! — wtrącił się do rozmowy milczący dotychczas komandor Donald Holm. — Tak — powtórzył i popatrzył na Lundquista.

— W tym, co pan, kapitanie mówi, jest wiele słuszności, ale można na ten problem spojrzeć z innej perspektywy. Otóż Polacy są narodem trudnym do kierowania nawet dla własnych przywódców, nie mówiąc już o najeźdźcach. Wśród Polaków jest ogromnie dużo indywidualistów, prawdę mówiąc ten naród wyłącznie się z nich składa. Sami zresztą o sobie mówią, że gdzie dwóch Polaków, tam trzy partie. Polacy są krnąbrni wobec wszystkiego, co im się narzuca siłą. Opowiadał mi niedawno jeden z polskich oficerów zdarzenie, którego bohaterką była jego ciotka.

Lundquist poruszył się na krześle i parsknął krótkim śmiechem:

— Pan nam chce opowiadać o jakiejś polskiej ciotce i to ma być ciekawe? A w ogóle, nie rozumiem jaki związek...

— Zaraz pan zrozumie — przerwał mu Holm. — To nie jest jakaś tam „ciotka z Polski”, kapitanie Lundquist, miałby pan niewielką szansę siedzieć przy jej stole. Hrabianka Zamoyska wywodzi się z rodu sięgającego XIV-go wieku. Od nazwiska Zamoyski wzięło nazwę miasto Zamość, miasto większego od naszego Ystad!

Holm przerwał czekając, czy Lundquista coś powie. Ale ten milczał, więc ciągnął dalej:

— Była późna jesień 1939 roku i padał deszcz. Na peronie dworca kolejowego w Krakowie mokła grupka ludzi. Pani Zamoyska uzyskała zezwolenie na podróż do Warszawy, skąd miała nadzieję dostać się do Austrii, gdzie Zamoyscy mieli swoją posiadłość. Stała tak już od godziny w towarzystwie grupki krewnych, którzy jej towarzyszyli. W pewnym momencie zbliżył się do nich młody niemiecki oficer, i postawił przed hrabianką krzesło. Ta wyprostowała się i nienaganna francuszczyzną powiedziała:

Merci, ale uprzejmości przyjmuję jedynie od przyjaciół.

Oficer zmieszał się i odszedł. Zamoyska zaś odwracając się do krewnych powiedziała spokojnie:

— To zdumiewające, jak oni czują się u siebie. A potem dodała, jakby zupełnie bez związku — Polski chleb jest smutny.

Ciszę, która nastąpiła, przerwał sam komandor Holm:

— Nie wiem, czy Frank, a więc i Hitler, nie połamią sobie na Polsce zębów.

— Kto to jest Frank? — spytała cicho Lillvor.

Generalgouverneur Frank jest namiestnikiem Hitlera na Polskę — wyjaśnił Holm. — Jest uważany za niekoronowanego króla Polski i bardzo to porównanie lubi. Niektórzy, chcąc mu się przypodobać, nie mówią Generalna Gubernia, a Frank-reich.

Admirał słuchał uważnie tego, co Holm mówi i zastanawiał się skąd komandor to wszystko wie. Lillvor zaś patrzyła na matkę. Admirałowa obchodziła dziś pięćdziesiąte urodziny. Jej wzrok powrócił do ojca i przypomniała sobie scenę sprzed paru godzin, gdy ojciec wszedł do jej pokoju i spoglądając na jej suknię powiedział:

— Ta sukienka za dużo pokazuje. W niej widać, co ty myślisz.

Lillvor zaśmiała się i cmoknęła go w czoło. Lillvor była przeciętnie ładną panną w wieku dwudziestu czterech lat. Wrażliwa natura pchnęła ją w kierunku studiów artystycznych, na malarstwo w Akademii Królewskiej w Sztokholmie. Potem wyjechała na rok do Paryża, gdzie sercem jej zawładnął młody hiszpański malarz. Kochała go całą duszą, jak zresztą wszystko, co było sztuką. Schumann, Beethoven, Chopin, byli jej równie drodzy jak Matiss, Rodin i Izaak Grunberg. Na ścianach jej rodzinnego domu wisiały — ku zgorszeniu admirałowej — obrazy Zorna, ale także Josephsona. Rozczytywała się w Byronie i młodych amerykańskich pozytywistach, potrafiła spędzać godziny na kontemplacji rzeźb Milesa na Lidingö.

— ... a do najlepszych życzeń dla Ciebie droga żono, dołączmy wspólne czterokrotne hurra! Admirał podniósł rękę i zebrani wznieśli zgodny okrzyk. Lillvor podbiegła do matki i rzuciła się jej na szyję.

— Dziękuję ci, mon enfant, dziękuję!

Podpity już nieco i rozbawiony von Berg opowiadał coś Holmowi o Göringu i jego lotnictwie, gdy nagle roześmiał się głośno i dodał:

— Niemcy od niedawna produkują mydło z kału!

Admirałowa zbladła i utkwiła w von Berga groźne spojrzenie, ale ten udawał, że tego nie widzi.

— Ależ tak! — mówił dalej niby to tylko do Holma. Ten nowatorski proces technologiczny spowodował w skali całych Niemiec ogromne oszczędności. Doszło do tego, że sam Hitler — tu porucznik spojrzał znacząco na Lundquista — zaciekawił się tą sprawą i zgodził się mydło wypróbować. Było doskonałe, godne króla, a jak się pieniło! Zadowolony wódz Trzeciej Rzeszy nie miał słów uznania, wskazał jednak parę drobnych wad, otóż mydło zachowało zapach i kolor!

Przy stole zapanowała cisza, w której słychać było tylko spazmatyczny oddech admirałowej. Pierwszy poruszył się komandor Holm. Podniósł powolnym ruchem w górę kielich i powiedział spokojnym równym głosem:

God shave the King!

W ciszę wdarł się niesamowity odgłos. To śmiał się admirał. Ryczał ze śmiechu, wydobywając z siebie odgłosy równe siłą wybuchom Wezuwiusza. Walił się rękami po udach, odchylał głowę do tyłu i po zaczerpnięciu powietrza wydawał z siebie kolejny ryk. Nagle poczerwieniał jeszcze bardziej, złapał się za gardło i zaczął charczeć.

Siedzący najbliżej kapitan Lundquist, rzucił się rozpinać kołnierz munduru, Lillvor głośno płakała, ktoś wołał o wodę, inny głos domagał się lekarza. Rwetes i krzątanina wzmagały się. Chaos ten trwał parę minut i uciszył go dopiero sam admirał podnosząc uspokajającym gestem w górę rękę. Wszyscy powoli wracali na swoje miejsca. Admirał wyjął z kieszeni chusteczkę wielkości małego prześcieradła, wyczyścił z hałasem nos i wytarł dokładnie załzawione oczy. Potem podniósł w górę kielich i uśmiechnął się lekko zmieszany:

— Narobiłem, jak widzę, trochę zamieszania, pardon! Jak każdy ze zgromadzonych, nie wiem kiedy umrę, ale gwarantuję wszystkim, że nie umrę w tej chwili, gdyż mam do spełnienia miły obowiązek wzniesienia toastu za zdrowie czcigodnych gości, że zechcieli zaszczycić swą obecnością urodziny mojej żony! — Tu skłonił się w stronę Gudrun.

Admirałowa, spokojniejsza już niż przed paroma minutami, patrzyła pogodnie na męża. Wprawdzie przy słowach „rocznica urodzin”, twarz jej drgnęła lekko, ale powodem mogła być cierpkość wina. Był to dobry moment do zakończenia przyjęcia i goście mieli tego świadomość. Admirałowa dopełniła ceremoniału pożegnania odpowiadając głębokim, niepozbawionym wdzięku, pomimo jej tuszy, dygiem. Razem wziąwszy, myślała uśmiechając się do wychodzących gości, było to zupełnie zadawalające przyjęcie.

 
 
 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

powrót