|
— Polacy są katolikami, a katolikami jest niezwykle trudno rządzić!
Wystarczy popatrzeć, jakie kłopoty ma z Włochami Mussolini.
Świeżo awansowany na kapitana Lundquist, wypowiedział te słowa z
irytującą
nonszalancją. Krótko i wysoko na skroniach podgolone włosy, oraz
wklinowany pomiędzy brew a tłusty policzek monokl, upodobniały go do
pruskich junkrów. Nie było to podobieństwo przypadkowe, Lundquist całą
swoją postacią, i tym, co mówił, dawał wyraz swoim pro-nazistowskim
sympatiom.
Admirał von der Läggesta
wymienił szybkie
spojrzenie z żoną. Gudrun była właściwą osobą do nakierowania dyskusji w
innym kierunku.
— Kapitanie Lundquist — admirałowa podkreśliła słowo „kapitanie” i
uśmiechnęła się do niego promieniście. — Szybko pnie się Pan po stromych
stopniach
kariery, gratulacje.
Lundquist skłonił się w jej stronę.
— Gdy utrzyma Pan to tempo — kontynuowała admirałowa, niedługo
ujrzymy Pana w takim mundurze! — wskazała ręką na męża.
Cichy szmer aprobaty omiótł stół.
— O ile będzie wystarczająco długo żył — porucznik von Berg
pochylił głowę do ucha siedzącej obok niego córki admirała, Lillvor. — W
jego przypadku musiałby żyć około siedmiuset lat.
Lillvor parsknęła śmiechem i zaraz umilkła, ścigana pełnym nagany
wzrokiem admirałowej.
— Na czym to stanęliśmy? Właśnie, na Polakach! — ożywił się
ponownie kapitan Lundquist. Myślę, że powinni być wdzięczni, w
historycznym ujęciu tego słowa, Niemcom. Bałaganiarstwo Polaków to ich
główna cecha narodowa, a ten ich parlament, gdzie wszyscy mówią naraz,
najlepiej to potwierdza. Hitler wprowadzi w Polsce, początkowo oczywiście
przy pomocy armii, porządek i w ten sposób nauczy Polaków przyzwoicie
pracować i żyć.
— I zrobi z nich niewolników — wtrącił porucznik von Berg.
Wszystkie twarze zwróciły się w jego kierunku.
— Polacy są dumnym i pełnym godności narodem, a Hitler jest
okupantem narzucającym im swą władzę brutalną siłą armii. Taka relacja nie
ma szans przetrwać długo, potwierdza to studiowanie historii powszechnej.
— Ale nigdy też nie było w historii męża stanu tak wybitnego, tak
opatrznościowego, jak Adolf Hitler! — rzekł z pewnością w głosie
Lundquist.
— Z ocenami poczekajmy. Kto wie, jak teatr wojny będzie wyglądał za
parę miesięcy — admirał przechylił się w krześle. A wtedy i na pana
Hitlera będziemy patrzyli inaczej.
— Swoją drogą — mówił dalej. — Gdy dotknął pan już tematu
katolicyzmu...
Admirał przerwał, i potoczył wzrokiem po zebranych.
— Ciekawe spostrzeżenia można odnotować obserwując reakcję
dygnitarzy kościoła katolickiego. Watykan jak zawsze w okresach
politycznie nieustabilizowanych przywarował, nabrał wody w usta i czeka,
kto okaże się silniejszy. Hitler zaś zawarł z Papieżem porozumienie.
Wszystkie głowy zwróciły się ku niemu. To była dopiero nowina!
Admirał musiał mieć jakieś zupełnie świeże informacje. Von der Läggesta
rozejrzał się wokół i zadowolony z wywołanego efektu kontynuował:
— Początkowo nie było obu władcom łatwo dojść do porozumienia, gdyż
obaj roszczą sobie pretensje do nieomylności. W końcu jednak chęć
osiągnięcia kompromisu zwyciężyła, i teraz obie strony są z zawartej umowy
zadowolone.
Ciekawość gości podniosła się o parę stopni i Admirał to widział.
Wcale nie miał, przynajmniej w tej chwili, ochoty na wino, ale miał zamiar
trochę się ze swymi gośćmi podroczyć. Wziął do ręki kielich i patrzył nań
chwilę, potem wypił powoli i ze smakiem łyk, oraz długo wycierał serwetką
usta.
— Gdzie to byliśmy? — zapytał w końcu rozglądając się.
— Mówił pan Admirał o Watykanie — podpowiedział niecierpliwie
Lundquist.
— Słusznie, dziękuję kapitanie Lundquist. Otóż sprawa ma się tak.
Gdy na świat przychodzi młody Niemiec, Hitler zapewnia mu żłobek,
przedszkole, szkołę, i daje jego rodzicom wystarczająco dużo pieniędzy,
aby go karmili i ubierali. Następnie uczy go zawodu i zapisuje do
Hitlerjugend. W wieku około dwudziestu lat bierze go do wojska i uczy
dyscypliny oraz charakteru. Potem, gdy służba wojskowa dobiega końca,
zapędza go do pracy, żeni i dopilnowuje, aby miał dzieci. Gdy staje się
stary i nie ma już z niego pożytku, odsyła go do domu, daje rentę i czeka
kiedy ten umrze. Oczywiście może umrzeć wcześniej, idealnie jest, gdy do
tego dochodzi jednocześnie z uzyskaniem emerytury. A jeszcze lepiej, gdy
umiera na posterunku, zabity w obronie ojczyzny. W każdym razie kiedyś
umiera. I wtedy Hitler odstępuje go Papieżowi, pozwalając mu z nim robić,
co zechce.
Admirał skończył i patrzył na zaskoczonych gości oczami bez wyrazu.
Pierwszy parsknął śmiechem porucznik von Berg, a po nim reszta gości.
Jedynie kapitan Lundquist rzucał wokół ukradkowe spojrzenia i wykrzywiał
twarz w grymasie uśmiechu.
— Polacy nazywają Niemców barbarzyńcami — powiedział głośno von
Berg i spojrzał prowokująco na Lundquista.
— A Niemcy samych siebie, Herrenvolk — dodał admirał.
— To przecież ten sam kompleks, tylko z odwrotnej strony — Lillvor
zarumieniła się, gdy wszystkie głowy odwróciły się w jej stronę.
— Cała idea übermenscha jest doskonałą ilustracją kompleksu niższości. Jak to nazwał
Freud, kompleksu Edypa. A gloryfikujący tę ideę osobnicy, to najczęściej
ludzie niekochani w dzieciństwie, lub mężczyźni z małym przyrodzeniem.
— Och mon cheri! — admirałowa spojrzała na córkę ze
zgorszeniem. — Nie rozumiem cię, moje dziecko.
Na twarzach mężczyzn pojawiły się półuśmieszki, panie wstydliwie
spuściły wzrok. Lundquist śmiał się tubalnym głosem, waląc się rękami po
udach. Admirał patrzył surowo na córkę, ale w kącikach oczu czaiło mu się
rozbawienie.
— Polacy — kontynuował von Berg, nazywając Niemców barbarzyńcami,
mają między innymi na myśli to, że Niemcom brak polotu. My, Szwedzi
zresztą — von Berg uśmiechnął się — nie odznaczamy się także wybujałą
błyskotliwością. Niemcy potrafili zawsze doskonale maszerować, a
współcześnie wzbogacili się o technikę i stali higieniczni.
— Higieniczni? — admirałowa uniosła w zapytaniu brwi.
— Tak, szanowna pani — von Berg skłonił się w jej stronę. —
Higieniczni. Niemcy rozwinęli bardzo lotnictwo bombardujące, pilot widzi
jedynie o b i e k t y
, które bombarduje. Niszczy całe miasta, w ogóle nie widząc ludzi,
cierpienia, krwi, nie słysząc ich krzyku.
— Pas possible! — admirałowa wachlowała się gwałtownie
trzymaną w ręku chusteczką.
— Tak, tak! — wtrącił się do rozmowy milczący dotychczas komandor
Donald Holm. — Tak — powtórzył i popatrzył na Lundquista.
— W tym, co pan, kapitanie mówi, jest wiele słuszności, ale można
na ten problem spojrzeć z innej perspektywy. Otóż Polacy są narodem
trudnym do kierowania nawet dla własnych przywódców, nie mówiąc już o
najeźdźcach. Wśród Polaków jest ogromnie dużo indywidualistów, prawdę
mówiąc ten naród wyłącznie się z nich składa. Sami zresztą o sobie mówią,
że gdzie dwóch Polaków, tam trzy partie. Polacy są krnąbrni
wobec
wszystkiego, co im się narzuca siłą. Opowiadał mi niedawno jeden z
polskich oficerów zdarzenie, którego bohaterką była jego ciotka.
Lundquist poruszył się na krześle i parsknął krótkim śmiechem:
— Pan nam chce opowiadać o jakiejś polskiej ciotce i to ma być
ciekawe? A w ogóle, nie rozumiem jaki związek...
— Zaraz pan zrozumie — przerwał mu Holm. — To nie jest jakaś tam
„ciotka z Polski”, kapitanie Lundquist, miałby pan niewielką szansę
siedzieć przy jej stole. Hrabianka Zamoyska wywodzi się z rodu sięgającego
XIV-go wieku.
Od nazwiska Zamoyski wzięło nazwę miasto Zamość, miasto większego od
naszego Ystad!
Holm przerwał czekając, czy Lundquista coś powie. Ale ten milczał,
więc ciągnął dalej:
— Była późna jesień 1939 roku i padał deszcz. Na peronie dworca
kolejowego w Krakowie mokła grupka ludzi. Pani Zamoyska uzyskała
zezwolenie na podróż do Warszawy, skąd miała nadzieję dostać się do
Austrii, gdzie Zamoyscy mieli swoją posiadłość. Stała tak już od godziny w
towarzystwie grupki krewnych, którzy jej towarzyszyli. W pewnym momencie
zbliżył się do nich młody niemiecki oficer, i postawił przed hrabianką
krzesło. Ta wyprostowała się i nienaganna francuszczyzną
powiedziała:
— Merci, ale uprzejmości przyjmuję jedynie od przyjaciół.
Oficer zmieszał się i odszedł. Zamoyska zaś odwracając się do
krewnych powiedziała spokojnie:
— To zdumiewające, jak oni czują się u siebie. A potem dodała,
jakby zupełnie bez związku — Polski chleb jest smutny.
Ciszę, która nastąpiła, przerwał sam komandor Holm:
— Nie wiem, czy Frank, a więc i Hitler, nie połamią sobie na Polsce
zębów.
— Kto to jest Frank? — spytała cicho Lillvor.
— Generalgouverneur Frank jest namiestnikiem Hitlera na
Polskę — wyjaśnił Holm. — Jest uważany za
niekoronowanego
króla Polski i bardzo to porównanie lubi. Niektórzy, chcąc mu się
przypodobać, nie mówią Generalna Gubernia, a Frank-reich.
Admirał słuchał uważnie tego, co Holm mówi i zastanawiał się skąd
komandor to wszystko wie. Lillvor zaś patrzyła na matkę. Admirałowa
obchodziła dziś pięćdziesiąte urodziny. Jej wzrok powrócił do ojca i
przypomniała sobie scenę sprzed paru godzin, gdy ojciec wszedł do jej
pokoju i spoglądając na jej suknię powiedział:
— Ta sukienka za dużo pokazuje. W niej widać, co ty myślisz.
Lillvor zaśmiała się i cmoknęła go w czoło. Lillvor była
przeciętnie ładną panną w wieku dwudziestu czterech lat. Wrażliwa natura
pchnęła ją w kierunku studiów artystycznych, na malarstwo w Akademii
Królewskiej w Sztokholmie. Potem wyjechała na rok do Paryża, gdzie sercem
jej zawładnął młody hiszpański malarz. Kochała go całą duszą, jak zresztą
wszystko, co było sztuką. Schumann, Beethoven, Chopin, byli jej równie
drodzy jak Matiss, Rodin i Izaak Grunberg. Na ścianach jej rodzinnego domu
wisiały — ku zgorszeniu admirałowej — obrazy Zorna, ale także Josephsona.
Rozczytywała się w Byronie i młodych amerykańskich pozytywistach,
potrafiła spędzać godziny na kontemplacji rzeźb Milesa na Lidingö.
— ... a do najlepszych życzeń dla Ciebie droga żono, dołączmy
wspólne czterokrotne hurra! Admirał podniósł rękę i zebrani
wznieśli zgodny okrzyk. Lillvor podbiegła do matki i rzuciła się jej na
szyję.
— Dziękuję ci, mon enfant, dziękuję!
Podpity już nieco i rozbawiony von Berg opowiadał coś Holmowi o
Göringu
i jego lotnictwie, gdy nagle roześmiał się głośno i dodał:
— Niemcy od niedawna produkują mydło z kału!
Admirałowa zbladła i utkwiła w von Berga groźne spojrzenie, ale ten
udawał, że tego nie widzi.
— Ależ tak! — mówił dalej niby to tylko do Holma. Ten nowatorski
proces technologiczny spowodował w skali całych Niemiec ogromne
oszczędności. Doszło do tego, że sam Hitler — tu porucznik spojrzał
znacząco na Lundquista — zaciekawił się tą sprawą i zgodził się mydło
wypróbować. Było doskonałe, godne króla, a jak się pieniło! Zadowolony
wódz Trzeciej Rzeszy nie miał słów uznania, wskazał jednak parę drobnych
wad, otóż mydło zachowało zapach i kolor!
Przy stole zapanowała cisza, w której słychać było tylko
spazmatyczny oddech admirałowej. Pierwszy poruszył się komandor Holm.
Podniósł powolnym ruchem w górę kielich i powiedział spokojnym równym
głosem:
— God shave the King!
W ciszę wdarł się niesamowity odgłos. To śmiał się admirał. Ryczał
ze śmiechu, wydobywając z siebie odgłosy równe siłą wybuchom Wezuwiusza.
Walił się rękami po udach, odchylał głowę do tyłu i po zaczerpnięciu
powietrza wydawał z siebie kolejny ryk. Nagle poczerwieniał jeszcze
bardziej, złapał się za gardło i zaczął charczeć.
Siedzący najbliżej kapitan Lundquist, rzucił się rozpinać kołnierz
munduru, Lillvor głośno płakała, ktoś wołał o wodę, inny głos domagał się
lekarza. Rwetes i krzątanina wzmagały się. Chaos ten trwał parę minut i
uciszył go dopiero sam admirał podnosząc uspokajającym gestem w górę rękę.
Wszyscy powoli wracali na swoje miejsca. Admirał wyjął z kieszeni
chusteczkę wielkości małego prześcieradła, wyczyścił z hałasem nos i
wytarł dokładnie załzawione oczy. Potem podniósł w górę kielich i
uśmiechnął się lekko zmieszany:
— Narobiłem, jak widzę, trochę zamieszania, pardon! Jak
każdy ze zgromadzonych, nie wiem kiedy umrę, ale gwarantuję wszystkim, że
nie umrę w tej chwili, gdyż mam do spełnienia miły obowiązek wzniesienia
toastu za zdrowie czcigodnych gości, że zechcieli zaszczycić swą
obecnością urodziny mojej żony! —
Tu skłonił się w stronę
Gudrun.
Admirałowa, spokojniejsza już niż przed paroma minutami, patrzyła
pogodnie na męża. Wprawdzie przy słowach „rocznica urodzin”, twarz jej
drgnęła lekko, ale powodem mogła być cierpkość wina. Był to dobry moment
do zakończenia przyjęcia i goście mieli tego świadomość. Admirałowa
dopełniła ceremoniału pożegnania odpowiadając głębokim, niepozbawionym
wdzięku, pomimo jej tuszy, dygiem. Razem wziąwszy, myślała uśmiechając się
do wychodzących gości, było to zupełnie zadawalające przyjęcie.
|