|
O
książce
Recenzje
Zdjęcia
Życiorys
Zamówienia
Powrót
do str.gł.
|
Nasilenie palenia osiąga
tej nocy szczyt. Wszystkie kominy zieją rozszalałym żarem. Strzelają
ognistym wulkanem w różne strony granatowego nieba. Z dołów i rowów bucha
dym. Wije się, kołysze i skręca tuż nad nami. Iskry i sadze gryzą oczy,
oślepiają. Przez zamaskowane druty drugiego krematorium rozróżnia się na
tle ognia cienie mężczyzn z Sonderkommanda, poruszające się dziwaczne
postacie z widłami w rękach. Przerzucają trupy. Układają je na rusztach.
Dolewają specjalnego płynu, żeby się lepiej smażyły. Płynie stamtąd
duszący odór spalenizny. Samochody ciężarowe pędzą pozostawiając za sobą
zapach trupi. Gdzieś od strony białego domku ścigają nas jęki, wołania
zlewają się z błyskiem reflektorów, z tryskającymi płomieniami w straszną,
koszmarną, niepojętą skargę.
Wali mi w skroniach, jeżą się włosy ze strachu i napięcia. Wydaje się, że
za chwilę ziemia się rozstąpi i pochłonie nas w tym piekle, że musi się
stać coś wstrząsającego. Przecież to niemożliwe, żeby przez to przejść i
potem żyć dalej. Rozmawiać, uśmiechać się... nie, to nonsens...
— Uważaj, trup! — krzyczy Basia i ściska moją rękę aż do bólu.
Przeskakuję jak rażona prądem przez coś olbrzymiego — czarnego. Odwracam
się... spuchnięty, częściowo spalony trup kobiety wypadł z
przejeżdżającego samochodu. Nieco dalej leży samotna ręka.
Samochody przewoziły trupy rozdzielając je według zapotrzebowania. W
czwartym krematorium było widocznie przepełnienie, a z trzeciego dali
znać, że kończą się palić. Auta przywoziły więc nowy ładunek.
Basia przyglądała mi się obłędnie.
— Krysiu, ja się tak boję, ja chyba zwariuję. Tak dziwnie mi się miesza w
głowie.
— Opanuj się... już niedługo, chodźmy, jakoś zapomnisz!
Mówię to, ale sama jestem ogłuszona.
Na rampę zajeżdża pociąg i wyrzuca nowy ładunek. Setki psów szczekają na
przyjezdnych, z których na pewno większość dostała pomieszania zmysłów z
natłoku wrażeń.
|