RECENZJE

 

Kolejna recenzja

O książce
Recenzje
Fragmenty
Zdjęcia


Zamówienia

 

Powrót do str.gł.

 

„Topos” 6/2004

 

Zbigniew Jankowski

 

Co to za statek?

 
 

To ma być „statek" z poetami, którzy mnie czymś poruszyli, urzekli albo do tego stopnia twórczo zaniepokoili, zainspirowali, że chciałbym z nimi po prostu pobyć, mieć ich w zasięgu żywego słowa, choćby na jeden poznawczy rejs do naszej wspólnej artystycznej i ludzkiej Tajemnicy.

Tak pomyślany cykl prezentacji (penetracji?) poetyckich będzie oczywiście musiał dopuszczać do głosu myśli i emocje nawet skrajne i ryzykowne. Przemówią bowiem gusta oraz światopoglądowe i artystyczne rozpoznania i wybory - w tym zwłaszcza gusta i wybory tego, który załogę „statku" kompletuje. Zapewniam jednak, że nic chce się on uważać za „pierwszego po Bogu", lecz tylko za współzałoganta, który - właśnie na przekór kapitańskim nawykom - uważnie słucha. Dlatego „Statek poetów" będzie pokaźnie eksponował nie tylko fragmenty, ale i autonomiczne całości poetyckich wypowiedzi, nie prozaizując ich wersów i nie wciskając w bezduszne nawiasy. I jeszcze jedno: Chociaż posługuję się w tej deklaracji bliską sercu metaforyką marynistyczną, a cały zamysł oflagowałem nadtytułem Statekpoetów, ani myślę preferować tak zwanych poetów morza, których zresztą w tym nadmorskim kraju prawie nie ma... Pierwszy załogant na trapie to poeta nieomal całkiem lądowy (poza kilkoma żywymi zetknięciami z morzem), a przecież głęboki do „dna oka" - Piotr Mitzner.

 

Piotr Mitzner, czyli dno oka

 

O nim nie chce się powiedzieć „poeta". No bo „poeta pamięta" i bardzo cierpi. Gdy duży - to nawet „za miliony". A Piotr Mitzner wydaje się mały jak kret; niewidzialnie pracuje w korzonkach - skojarzeniach polszczyzny, dotyka, wącha, smakuje, cichutko sprawdza i spulchnia zastałe skrzepy językowej gleby. Lingwistycznie pracuje, ale nie jak młody Stanisław Barańczak czy wczesny Ryszard Krynicki. Gdy oni robili swoje asocjacje, to prawie nie było zmysłowego świata, tylko się widziało i słyszało ich mozolne wertowanie słowników. Potem ofiarni profesorowie wykrywali to wszystko, razem się cieszyli i nagradzali.

A Mitznera za bardzo „promować" nie wypada. On nawet wzruszać nie zamierza czy nie potrafi. W wierszu Ars sam się przyznaje:

 

Mówię: będę wzruszał

i wzruszam ramieniem

ziemię tylko wzruszam

żeby me słyszeć

zrzędzenia losu. Lecz

 

szmerek mrowiska albo

spadanie żołędzi

czasem odburknie niebo

napomknie deszcz

 

Krótkowzroczny dzień

 

Promocja przemijania

 

„Krótkowzroczny" w swoim „przemijaniu" Piotr Mitzner wydaje się nie domyślać, że tam u góry na przywawelskich kopcach dzieje się wielka (wiekuista) literatura. (Czemu, gdy mówię „literatura", jakieś we mnie echo z wykrzywioną szczęką przedrzeźnia „tektura"?). Mitznera - kreta nawet własne zmysły zdają się zaskakiwać i przerastać. Więc gdy się modli (wiersz Z modlitwy):

 

chleba naszego powszedniego daj

 

(ale z masłem

z szynką albo

z dżemem)

i nie czerstwego

(czerstwy psom i ptakom bezpańskim)

 

w nieskończoność zmieciemy okruchy

jednorazowe

 

- to zaraz to swoje chwilowe uniesienie pokornie kończy:

 

i odpuść nam

potęgę smaku

 

I Bóg, najwyższy Juror, nie tylko „odpuszcza" pokornemu mieszkańcowi Pustoszy (tak Mitzner nazwał swój najnowszy tom, wydany w 2004 r.), ale i nagradza go wierszami prawdziwymi, a nieraz chciałoby się wykrzyknąć - genialnymi. W jednym z nich, w Pragnieniu, jakby w odpowiedzi na ludzkie pragnienie Boga, Bóg sam zapragnął zamieszkać, wiążąc się z losem człowieka, przyrody. Ten wiersz muszę tu przytoczyć w całości, bo to jedna z najpiękniejszych przygód w moim dość już długim życiu czytelnika i autora:

 

Pragnienie

 

być Panem Bogiem

czasami

na przykład

 

w ten roślinożerczy upal

 

wydobyć wodę z węża

zraszać grządki kiedy przepalone sucho kaszlą

i gnieździ się uwiąd wśród muskularnych pni

polewać wysłużone liście

patrzeć jak krople toczą się po nich

robić jeziorka które znikną

za chwilę

 

strumieniem pomijać trzmiele w kwiatach

nie urazić os bo to odtrącone pszczoły

i bardzo drażliwe

 

Być świadomym deszczem

 

za późno

 

Pustosz Piotra Mitznera pełna jest takich wierszy pisanych „do żywego". Więcej ich w tym tomie niż w poprzednich: w Myszoserze (2000), Zmianie czasu (1990) czy w Podróży do ruchomego celu (1985). Arcydziełkami są tu takie utwory, jak: Cierpliwość przedmiotów martwych, Mojra, Starzyzna, a także fragmenty poematów „cyklicznych": Dniepr, Paryż się przypomina i Przy drodze.

Starzyzna zbiera w sobie wszystkie charakterystyczne cechy, emocjonalne tonacje i refleksyjne horyzonty Pustoszy. Z tego wiersza, podobnie jak z sąsiadującego z nim Dna oka, wybłyskują kolokwialno-lingwistyczne możliwości Mitznerowej poetyki: słowa dziwią się swoim znaczeniom, iskrzą do siebie niespodziewanymi skojarzeniami, odkrywają drugie i trzecie „dna" - a wszystko po to, aby w końcu wybuchnąć pustym i niejednoznacznym jak sama „pustosz" śmiechem:

 

To nie moje słowa

ja nic mam słów «

 

O przedziwnym i rozległym humorze Mitznera - od zabawy słowami aż do „śmiechu w przepaść" - pisać by osobno i długo. To chyba najbardziej wytrawny (wnikliwy, przenikliwy) humorysta w pokoleniowym ciągu polskiej lingwistyki poetyckiej, tej, którą zapoczątkował Zbigniew Bieńkowski, a rozwinęli Miron Białoszewski, Tymoteusz Karpowicz i najbardziej „pokrewna" Mitznerowi, jego znakomita mistrzyni - Krystyna Miłobędzka.

Podobnie jak wymienieni „przodkowie" (biorę tych „przodków" ze Starzyzny i odśmiecham się słowom poety:

 

jeszcze nie wiesz gdzie

i kiedy

 

zostaniesz trafiony

zbłąkanym przodkiem)

 

- Piotr Mitzner polega na odbiorcy, można rzec - powierza się jemu, jego językowej wyobraźni, domyślności i wiedzy, niekiedy nawet wiedzy komputerowej (wiersz „Zapisz jako"). Bez czytelnika-współtwórcy autor Myszosera byłby skazany na porażkę. Jego utwory, zwłaszcza te miniaturowe, „fragmentaryczne", których jest bardzo wiele, często pełnią funkcję kamertonu. Zawierają tylko to pierwsze, trafne, kierunkujące - to coś, co u wrażliwego odbiorcy potrafi wywołać muzyczne fale, otworzyć ciąg dalszy. Nigdy me zapomnę maleńkiego utworu:

 

Mojra

 

Byłem

 

przy urodzeniu mojego ojca

okryłem go

 

płakał mi jak przed śmiercią

 

                                Leszkowi Szarudze

 

Wiersz zwięzły i ostry jak kolec. Dotykliwie dotkliwy w swoim wydźwięku, rozlegającym się na cały ludzki los...


 
 
 
 

 

 

 

 

 

 

 

 

powrót do str. głównej ksiazki