|
O
książce
Recenzje
Fragmenty
Zdjęcia
Zamówienia
Powrót
do str.gł.
|
SKANDYNAWSKA TRIADA
I
W 1919 roku
ukazało się w gazecie codziennej „Svenska Raskunskap” zdjęcie mechanika
rowerowego z małego miasteczka — Skövde Ĺberga,
gołego jak święty turecki. Stało się to za przyczyną uznania go przez
Instytut Ras za klasyczny wzorzec urody skandynawskiej i
uhonorowano zdjęciem, aby wszyscy mogli dokładnie zobaczyć jak
proporcjonalnie zbudowany jest i piękny typowy mężczyzna Skandynawii.
Dyrektorem Instytutu Ras był wówczas biolog ras ludzkich Herman
Lundborg, a Instytut zajmował się ustaleniem ideału
szwedzko-germańskiego typu urody.
Naturalnie z
podobnym lub nawet większym zapałem poszukiwano również typu idealnej
urody damskiej. Badacze tym się zajmujący, a w owych czasach do rzadkości
należeli naukowcy płci kobiecej, tak intensywnie mierzyli nagie biusty,
uda i pupy, że w końcu „biologia ras” dorobiła się marnej opinii. Wielu
nie potrafiło pojąć, że panowie naukowcy mierzą wyłącznie ze szlachetnych
pobudek i w imię dobra nauki.
Instytut Ras nie
stawiał obywatelom przeszkód w nawiązywaniu kontaktów damsko-męskich, ale
zdecydowanie sugerował kierunek tych
aktywności: wewnątrz Skandynawii, z Niemcami, Holendrami, Anglikami — t a
k , ale zdecydowanie n i e — z Lapończykami. Słowianom i Żydom winno się
generalnie zabronić stałego osiedlenia w Szwecji.
Tego rodzaju
mieszanie krwi doprowadzi z pewnością do zmniejszenia wartości rasy
skandynawskiej. Badania naukowe biologii ras oraz historia, przedstawiają
niezaprzeczalne dowody na wyższość rasy skandynawskiej, jak na przykład:
wytrzymałość, zdolności organizacyjne, systematyczność i inne udowodnione
talenty. To zobowiązuje. My, żyjący w ojczyźnie prarasy skandynawskiej,
winniśmy zrobić wszystko, aby utrzymać ją czystą. Inaczej zniknie, umrze.
— Tak przemawiał w
Parlamencie Herman Lundborg, napotykając powszechny aplauz posłów.
Szef królewskiego
Muzeum Etnograficznego Gerhard Lindblom pisał w 1921 roku:
... to, że osobiście nauczyłem kiedyś
prostego Azjatę dobrego wychowania, wymierzając mu tradycyjną i szlachetną
szwedzką chłostę, jest zapamiętanym na resztę życia dobrym uczynkiem.
Otto Järte,
członek Parlamentu odpowiedzialny za stosunki z obcokrajowcami przemawiał
w Riksdagu w 1926 roku:
Z gett Europy Wschodniej będzie inaczej
napływał element o tyle mniej wartościowy, że nawet wychodząc z czysto
biologiczno-rasowych pozycji, ryzykownym byłoby otwierać drzwi tego
rodzaju inwazji.
W 1933 roku doktor
medycyny i dyrektor generalny Instytutu Opieki nad Umysłowo Chorymi,
Alfred Petren postulował:
Decyzje sterylizacji kobiet winny bazować na
gruncie po pierwsze socjalnym, a dopiero później medycznym, a sa-ma
sterylizacja winna być przeprowadzana bez potrzeby uzyskania zgody
pacjentki.
Tego samego roku
ukazała się książka małżeństwa Alvy i Gunnara Myrdal Kryzys
obywatelski. Sławna pisarska para odniosła się z dużą życzliwością i
zrozumieniem do sprawy sterylizacji kobiet nie spełniających
kryteriów rasowych, nie widząc w tym niczego, co by naruszało
tak społeczne, jak
ich osobiste zasady etyczne. W 1939 roku (parę miesięcy przed wybuchem II
Wojny Światowej) sztokholmska Izba Handlowa zdecydowanie zaprotestowała
przed wpuszczaniem do Szwecji obcych poddanych, a w szczególności Żydów:
Żydzi używają w handlu metod, które poniżają
szwedzkie tradycje i moralność zawodową, oraz niszczą ducha
obywatelskiego.
Społeczeństwo
szwedzkie od góry do dołu drabiny społecznej było wypełnione przesądami,
jak jego lasy gnomami i elfami. Instytut
Ras gatunkował ludzi podobnie jak przedstawiciele Izby Handlowej kartofle,
wedle wyglądu i wagi. Należy tu jednak gwoli prawdy (choć smutna ona
niezmiernie) dodać, że Szwedzi nie byli w tym szaleństwie osamotnieni,
pomijając nazizm i jego opętańcze rasistowskie prawa, w tym samym czasie
podobne Instytuty powstawały we Francji, Finlandii, Belgii, Norwegii.
II
Pracujący w
Ambasadzie Szwedzkiej w Budapeszcie dyplomata Raoul Wallenberg nie był
człowiekiem tuzinkowym, tak że jego nagłe zniknięcie — w styczniu 1945
roku, krótko po wejściu do Budapesztu armii czerwonej — wywołało sporo
zamieszania. Podziw świata uzyskał ratując życie parudziesięciu
tysiącom Żydów węgierskich. Wystawiał im tymczasowe paszporty szwedzkie,
które chroniły ich przed deportacją do hitlerowskich obozów śmierci.
Pisała i pisze o
nim prasa szwedzka, amerykańska, izraelska, istnieją w wielu krajach
szkoły jego imienia, ulice, place, pomniki. Zastanawia jednak nadal
wielość niewiadomych, jak także ostrożność kolejnych rządów Szwecji w tej
sprawie. Powoduje to powstawanie różnych interpretacji zagmatwanych i
wysoce tajemniczych losów Raoula Wallenberga. Oto jedna z nich:
Koniec II Wojny
Światowej postawił przed dyplomacją szwedzką pilne zadanie poprawienia w
oczach zwycięskich Aliantów nadwątlonego image państwa na wskroś
neutralnego, a nie było to zadanie łatwe. Pamięć różnorakich posunięć
rządu królestwa Szwecji w ciągu lat
poprzedzających wojnę i w czasie jej trwania, zachowała wiele
zastanawiających śladów. Niemcy były głównym i praktycznie jedynym
odbiorcą szwedzkiej rudy żelaza i łożysk kulkowych, bez których ich
przemysł wojenny, jak najdosłowniej by
stanął. Szwedzki bank centralny przejął od Niemców, jako zapłatę za te i
inne dostawy, 16 ton złota, które w znacznym procencie pochodziło od
rabowanych i pozbawionych majątku, a następnie mordowanych Żydów. Można
naturalnie założyć, że Szwedzi nie wiedzieli skąd pochodzi złoto, ale
będzie to założenie wątłe. Rząd szwedzki, z własnej inicjatywy i zupełnie
bez niemieckich sugestii, czy nacisków, wprowadził stemplowanie paszportów
obywateli szwedzkich pochodzenia żydowskiego literą „J”, nazywając to
granicznymi czynnościami porządkowymi. Na prośbę rządu niemieckiego
Szwecja zezwoliła na transport przez swoje terytorium wojska i sprzętu
wojennego na front niemiecko-fiński.
Tajemnicą
poliszynela było, że w chwili wybuchu wojny, szwedzka inteligencja,
intelektualiści, wyżsi oficerowie, szwedzka prasa, zachowały przyjazny
stosunek do nazistowskich Niemiec. Szlachta i duchowieństwo szwedzkie były
tradycyjnie i od wieków zorientowane proniemiecko, nie należy zapominać,
że ten bezludny półwysep zaludniły kiedyś plemiona germańskie, a dwór
szwedzki — niemieckie księżniczki.
Po zakończeniu
wojny, Szwecja służyła Europie jako godny naśladowania przykład państwa na
wskroś nowoczesnego. Jasnowłosi Wikingowie imponowali tężyzną fizyczną, w
1948 roku na Olimpiadzie w Londynie wygrywali —
co i jak chcieli. Ale dokuczał im brak idola, bohatera godnego wielbienia
w kraju i popisywania się za granicą, a nie było łatwo go znaleźć. Pod
pociągi pełne niemieckiego sprzętu wojennego i żołnierzy, dudniące przez
terytorium Szwecji (z Norwegii do Finlandii) nikt nigdy nie podłożył
choćby źdźbła słomy! Kompleks II Wojny
Światowej — że byli nad miarę pasywni, tkwi jak cierń w szwedzkich
intelektualistach starszej daty po dzień dzisiejszy.
Przykrą
niedogodność braku bohatera przerwało sowieckie NKWD, zamykając w
katowniach Łubianki urzędnika szwedzkiej ambasady w Budapeszcie, Raoula
Wallenberga. Gdy Budapeszt został zajęty przez czerwoną armię, sowiecki
wywiad począł podejrzewać (być może nie bez kozery), że oprócz odważnych
działań w ratowaniu życia węgierskim Żydom, Wallenberg wykonywał i inne
czynności, szczególnie na rzecz amerykańskiego CIA. W końcu go zamknęli i
natychmiast po aresztowaniu, wywieźli do Moskwy.
Zniknięcie
Wallenberga stało się dla wspomnianego image’u
ową wyczekiwaną szansą. W łapach enkawudzistów
znalazł się dyplomata, który ryzykując własnym życiem uratował od
niechybnej śmierci tysiące Żydów i był to dyplomata szwedzki. Tymczasem
Wallenberg siedział na Łubiance, a sowieckie MSZ nabrało na ten temat wody
w usta. Wiele lat później poinformowano kanałami dyplomatycznymi rząd
szwedzki, że Wallenberg umarł tamże w 1947 roku na atak serca. Na tym
sprawę zamknięto — wydawało się —
na zawsze.
Nie przewidziano
jednak (a któż to mógł przewidzieć?) nadejścia Wielkich Zmian. Komunizm
odszedł w niebyt i w Moskwie poczęto stopniowo otwierać teczki dotychczas
nieotwieralne, co w przypadku afery Wallenberga wydobyło
na światło dzienne ciekawą informację. Otóż okazało się, że istnieje
dokument, z treści którego wynika, iż Związek Radziecki był zainteresowany
wymianą Wallenberga na paru swoich agentów, znajdujących się w szwedzkich
więzieniach — co zaproponowano Szwedom,
jednak Rząd szwedzki negocjacji nie
podjął.
Jednocześnie
interesujące rzeczy działy się w
szwedzkim MSZ-cie. Otóż niektórzy wyżsi urzędnicy, przechodząc na
emeryturę, drukowali swoje pamiętniki, i jeden z nich we wspomnieniach
napisał, że ilekroć ktoś z urzędników ministerstwa zaczynał zbyt
intensywnie drążyć przypadek Wallenberga,
napotykał idące z góry naciski, aby wysiłków zaniechał.
Wielce
symptomatyczne pociągnięcie Rządu zanotowano w
końcu stycznia 2001-go roku. Otóż premier Szwecji Göran Persson przeprosił
na piśmie nadal żyjące rodzeństwo przyrodnie
Raoula Wallenberga za: Niedociągnięcia w pracy MSZ w latach 1945-47 w
sprawie zaginięcia ich brata. Komentatorzy owego niespodziewanego
kroku Perssona konkludowali, że
to prawdopodobnie kolejna próba ostatecznego
zakończenia tajemniczej afery.
III
Nagrodzie Nobla
stuknęło sto lat. Przez ten czas
kierunki rozwoju współczesnej literatury pięknej dawno przekroczyły
oczekiwania fundatora nagrody, Alfreda Nobla, co budzi corocznie
niekończące się pytania i spory.
Dlaczego otrzymała
ją Pearl Buck, a nie Jorge Luis Borges, dlaczego William Golding, ale nie
James Joyce? Gdzie Nagroda dla Ibsena, Strindberga, Conrada, Kafki,
Prousta, Lorki, Gombrowicza? Krytycy
literaccy każdej jesieni odbezpieczają notesy i strzelają w Szwedzką
Akademię salwami nazwisk pisarzy, którzy nigdy Nagrody nie otrzymali. A
zaraz potem dudni seria nazwisk współczesnych wielkich pisarzy, na których
biurkach rok po roku milczy telefon zwiastujący nobilitację Nagrodą (i
czekiem na cztery miliony złotych).
Ideą twórcy
Nagrody — Alfreda Nobla było, aby rokrocznie otrzymywali ją pisarze o
tendencjach idealistycznych, to znaczy tacy, którzy służyli jakimś
ideałom. Zasada ta już od dawna straciła rację bytu, współczesna
literatura piękna nie produkuje tego
typu twórców. Co pan Alfred powiedziałby o służeniu ideałom,
czytając dramaty Becketta? Komitet Nagrody preferował pisarzy krzepkich,
wiernych ideałom, nie poddających krytyce obyczajów, najlepiej
Europejczyków i chrześcijan.
W latach
trzydziestych ubiegłego wieku sympatię Komitetu Nagrody zdobywali
przeważnie pisarze popularni, nie stawiający Czytelnikowi zbyt wielkich
wymagań, otrzymał ją wtedy Sinclair Lewis, lecz
nie Paul Valery. Zaraz po II Wojnie Światowej uwagę Komitetu poczęli
skupiać na sobie literaci gniewni, zakładali fraki i ściskali królewską
dłoń pisarze „zbuntowani”, jak Andre Gide, T.S. Eliot, William Faulkner.
Ale nie Tołstoj — było w nim zbyt wiele nieufności, nie Zola — przejawiał
za dużo cynizmu, a także brakło mu duchowości, nie Conrad — irytował
niespotykanym marynistycznym romantyzmem, nie Ibsen i Strindberg — nie
mieli szans, nigdy nie byli brani pod uwagę.
Dalsze zmiany
przeżyła Akademia z początkiem lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku.
Nagrodę otrzymywał „gabinet cieni”, pisarze samodzielni i nowatorscy, lecz
szerzej nieznani. Z końcem lat siedemdziesiątych trend ten jeszcze się
wyostrzył, Komitet nagradzał pisarzy mało znanych, ale o zdecydowanym
potencjale pióra i mocnych cechach charakteru, Nagroda miała między innymi
ułatwić im codzienną twórczą egzystencję.
Pierwszym nie-Europejczykiem,
który zdobył nagrodę (w 1913 roku) był hindus Tagore, ale musiało minąć
jeszcze prawie pół wieku, aby zainteresowania Komitetu Nagrody wyszły w
bardziej widoczny sposób poza obszar świata zachodniego. Od lat
osiemdziesiątych ubiegłego wieku, Nagroda przybiera wymowę globalną, a
idealnym jej zdobywcą staje się pisarz, którego Komitet dopiero niejako
proteguje do światowej kariery.
Szwedzka Akademia
jest organem zupełnie od nikogo niezależnym, teoretycznie rzecz biorąc,
może wyróżnić Nagrodą, kogo zechce. W rzeczywistości jej członkowie
(trzynaście osób, w tym aktualnie trzy panie) hamowani są wagą zadania,
przygniecieni statusem Nagrody. Prestiż Nagrody powoduje również, iż głosy
krytyki przenoszą się prawie z reguły na plan rozważań o nagradzanych
pisarzach i pisarstwie w ogóle, nie podważają jednak
kompetencji członków Komitetu — chwała
Nagrody obejmuje tak nagradzanych jak nagradzających.
Nowi członkowie
Akademii dobierani są tak, aby spełniali warunki, jakie narzuca obszerny
zakres pracy, którą mają wykonać, a do najważniejszych należą: dobra
orientacja w światowej literaturze pięknej, znajomość języków obcych,
pracowitość. Słowem Akademia z przyjemnością widzi w zespole Komitetu
pegazy, ale pod jednym warunkiem — że harują jak perszerony!
Członkowie
Komitetu, z reguły aktywni pisarze, nie tylko poświęcają wiele godzin
czytaniu dzieł innych twórców (co już samo w sobie uważane jest przez
wielu ludzi pióra za zajęcie katorżnicze), ale muszą robić to w czasie
letniego urlopu. W do-datku wysiłek czytania, lobbystyczne rozmowy,
argumentowanie, przetargi —
bardzo często nie doprowadzają do jakichkolwiek rezultatów. W takim
przypadku pozostaje jedynie obrona własnego kandydata — jeżeli innym
zostaną odrąbane głowy, mój utrzyma się przy życiu!
Strategię tę, dość
oddaloną od niewinnej jak całun turyński etyki, nie trudno
odnaleźć w archiwalnych dokumentach Akademii: O’Neill? — Zdziczenie
gatunku, Pirandello? — Zręczny faryzeusz, Herman Hesse?
— Rzadko twórczy, brak udramatyzowanej fantazji i koncentracji, i
tak dalej, i tym podobne. Dobrym
przykładem, ilustrującym frustrację Komitetu może być wybór Pearl Buck w
1938 roku. Przyznanie jej Nagrody było zdaniem wielu krytyków owocem
desperacji, jaka ogarnęła członków Komitetu. Jeszcze w początkach
października Komitet był nieustępliwie podzielony: trzej członkowie
optowali za flamandzkim pisarzem Stijnem
Streuvelsem, jeden za Hermanem Hesse, i tylko jeden za Pearl Buck. Gdy
doszło do kompromisu w postaci wyboru Buck, wielu uznało to za kliniczny
przykład „wypadku przy pracy” Komitetu Nagrody.
Lista
nienagrodzonych była zawsze i jest dziś równie
interesująca, co długa. Nigdy nie był brany pod uwagę Joseph Conrad (Józef
Konrad Korzeniowski), na listę kandydatów nie wszedł James Joyce, nazwisko
Franza Kafki nawet nie było wymieniane, Witold Gombrowicz
i Astrid Lindgren również nie zasłużyli
na Nagrodę.
Kronikarze
Akademii wkładają wiele wysiłku w wyjaśnianie tych wielkich nieobecności.
Powodem pomijania przyszłych klasyków literatury pięknej był zdaniem
Akademii często fakt, że umierali zbyt młodo, aby „zdążyć” do Nagrody
(Proust, Lorca), albo byli publikowani post mortem (Kafka). Nad
decyzją Komitetu ciążyły częstokroć argumenty natury politycznej (Pound,
Borges), lub osobista niechęć członków Komitetu. Twórczość Conrada uważana
była za zbyt prostą, Joyca za ponad miarę skomplikowaną, rodaczkę Astrid
Lindgren dawno uznano za „za wielką” na Nagrodę.
Członkowie
Komitetu Literackiej Nagrody Nobla działają na terenie bardzo podatnym na
wpływy i trendy, i z reguły (trochę w obawie o własną skórę) wybierają
pisarzy, których twórczość
uzyskała
już pewną stabilność. W Sztokholmie mówi się, że Komitet Akademii kieruje
się w swej pracy przede wszystkim dwoma podstawowymi przesłankami —
propagować dobrą literaturę piękną, i nie umoczyć samemu tyłka.

|