|
O
książce
Recenzje
Fragmenty
Zdjęcia
Zamówienia
Powrót
do str.gł.
|
Wychodzenie z MATRIXU
F10.2 to kliniczny kod syndromu uzależnienia alkoholowego. A jednak
książka o tym tytule nie zawiera ni szczypty moralizatorstwa. Skrząc się
błyskotliwym humorem opowiada o straszliwej chorobie i etapach
wydobywania się z niej.
Z Tomaszem Morrisem, autorem F10.2, rozmawia Max Bojarski.
Co Pan zyskał rozstając się z piciem?
Przede wszystkim? Godność.
Co Pan przez to rozumie?
Choćby to, że jestem w stanie dokonywać wyborów i porównań – na przykład
sobie uświadomić, czy jestem zdolnym, może i utalentowanym… normalnym
człowiekiem.
Wcześniej nie czuł się Pan normalny?
Byłem nieustannie na siebie zły. Myślałem: jak to jest, niby głupi nie
jestem, a wypijam jedno piwo i to zaczyna się rozkręcać w tak
niepohamowany sposób, że budzę się po sześciu miesiącach?! Czułem się
gorszy, felerny, skażony, coraz bardziej siebie nienawidziłem. Do tego
dochodziły rozmaite „złe rzeczy”, jakie bezustannie robiłem ludziom
dookoła. Potrafiłem, na przykład, okłamywać bez mrugnięcia, prosto w
oczy, bez skrupułów. Tak właśnie robi alkoholik: pożycza pieniądze,
obiecując że na tydzień, choć ma pełną świadomość, że nie odda wcale.
Kradnie, oszukuje. Człowiek się staje coraz mniejszy i mniejszy.
Za to na trzeźwo jestem kimś zupełnie innym. Trzeźwość daje mi mnóstwo
rzeczy, a najważniejsza z nich to szacunek dla siebie i innych.
Ale przecież świat jest raczej paskudny…
Ależ właśnie okazuje się, że nie jest! Picie, te wszystkie związanie z
nim doświadczenia, ale przede wszystkim właśnie nie picie, sprawiło, że
spełniłem marzenie swojego życia. Napisałem książkę. Wcześniej
opublikowałem kilka opowiadań, nieco wierszy. Ale książka to jest jednak
co innego. Od dziecka marzyłem, żeby zostać pisarzem. Wychowałem się
wśród książek, zawsze wierzyłem w potęgę intelektu. Zresztą to mnie o
mały włos nie zgubiło…
Jak to?
Gdy piłem, byłem jednocześnie tak naładowany wszelką wiedzą na ten
temat, że uważałem, że nic mi nie pomoże, bo i tak jestem przecież
najmądrzejszy. Terapia, grupy wsparcia… Po co?! Ileż ja książek
przeczytałem o piciu! Sam wiem lepiej. Mózg alkoholika zostaje
wprzęgnięty w machinę uzależnienia, podporządkowany chorobie. Tworzy
fikcję, rzeczywistość wirtualną, w której łatwiej jest pić. Alkoholicy
żyją latami w takim MATRIX-ie. Dochodzą do głosu różne mechanizmy
psychologiczne – minimalizacja, racjonalizacja... W ciągu dziesięciu
sekund alkoholik jest w stanie wytłumaczyć sobie, że napić się musi. Sto
razy przećwiczyłem taką sytuację: pojawia się myśl „może bym się napił
piwa”, jest gorąco lato, upał, albo zimno… dowolny pretekst, albo brak
pretekstu, bo brak pretekstu też jest pretekstem. Na to pojawia się
króciutka refleksja, że gdy się napiję, to skończy się to źle. No, ale
jedno piwo…? Piję! A potem – drugie, na drugą nóżkę, będzie
sprawiedliwie. No to trzy, bo ładna liczba… A po trzecim, skoro trzy… to
może być i osiem, a skoro jest osiem, to może być piętnaście, a skoro
piętnaście, to zaczyna się wędrowanie po znajomych o pierwszej w nocy.
Albo takie usprawiedliwienia: zasnąłem na klatce schodowej… no i co z
tego? Są gorsi, Ziutek zasnął przed klatką… Porzygałem się? No, to co –
pewnie ogórki były nieświeże…
Świat, który opisał Pan w F10.2 jako tło własnego nałogu –
kusi. Jest barwny, zabawny, porywający, o wiele bardziej interesujący,
niż świat abstynenta. Nie żal Panu straconych okazji do zabawy?
Jasne, że odczuwam pewien żal. Brakuje mi klimatu, anturażu picia… Tych
eskapad, szalonych pomysłów, upojnej zabawy. Bo przecież przez wiele lat
picie było dla mnie przyjemne, fajne, właśnie – zabawowe. Ale to już nie
wróci. Zresztą tęsknotę za takim życiem skutecznie tłumi strach. Bo ja
się boję pić. Boję się, że jeżeli teraz się napiję, to albo obudzę się
za kilka miesięcy, albo po prostu skończę w worku. Że – w najlepszym
wypadku – będę miał poczucie zmarnowania tych ponad trzech lat, przez
które już nie piję.
Jak zmieniło się Pana życie od czasu publikacji F10.2?
Książkę wydałem pod pseudonimem nawiązującym do nazwiska Jima Morrisona,
którego zawsze bardzo ceniłem, a którego przecież zniszczyły narkotyki i
alkohol. Pseudonim sprawia, że czasem dochodzi do zabawnych sytuacji;
spotykam na przykład na mityngu znajomą, która opowiada, jaką to podobno
fantastyczną książkę przeczytała. Słucham z lekkim niedowierzaniem, co
mówi, a potem się przełamuję i zdobywam na ujawnienie, że ten Morris
właśnie przed nią stoi.
- Co, to ty?! Niemożliwe!
- No, ja…
I to są ogromnie radosne momenty. Cieszę się też, gdy dostaję listy od
Czytelników. Zwłaszcza wtedy, gdy dowiaduję się, że książka pomogła
komuś przestać pić, zachęciła do rozpoczęcia terapii. Myślę, że w ogóle
mam w życiu masę szczęścia. Z tych wszystkich lat picia wyszedłem prawie
bezkolizyjnie – zdrowie mi nie szwankuje, ciśnienie jak z tabeli, cukier
w normie. Pracę mam i to coraz lepszą; a jeszcze do tego wyniosłem z tej
okropnej choroby książkę, która być może przyda się komu innemu…
|